Wszystkie nasze noce

Bywały przecież i te noce. Zostawiała wtedy dla niego delikatnie uchylony lufcik. Wmawiała sobie, że nie czeka. Że to okno, ten maleńki otwór zaraz pod sufitem, to tylko z przyzwyczajenia do bryzy napływającej znad oceanu.

Nigdy nie obiecywał, że przyjdzie. Więc nie rozumiała, dlaczego uparcie do niej powraca i nie pozwala zapomnieć. A on tymczasem wślizgiwał się po cichu do pokoju i zajmował drugą połowę łóżka. Był jak drapieżnik, który upatrzywszy swoją ofiarę, bezszelestnie zakrada się w jej kierunku. Dawniej myślała, że jest zupełnie bezbronna, że i tak, kiedy nadejdzie pora, nie zdoła przed nim uciec.

Kiedy rozciągał się wzdłuż jej zmarzniętego ciała, czuła bijące od niego ciepło. Lubił się z nią drażnić, lubił natarczywie sunąć opuszkiem palca wskazującego po drżących plecach. Im większe wstrząsało nią wtedy pragnienie, tym dalej on zdawał się być. Umykał. Zawsze umykał. Nazywał to „grą w niekochanie”. To nic. Bo w te noce zlewał jej się z mrokiem na zewnątrz. Słyszała świerszcze wołające prosto w ciemność. Ich pieśń pieściła jej uszy, o które on niecierpliwie zahaczał wargami.

Po pokoju tańczył wiatr, mieszający się z nierównymi oddechami. Ginęła w nim para, którą ich ciała zdradzały gorączkę. W tej parze zaś ginęła ona… Bo znów ją przekraczał. Po cichu.

Próbowała czasem wymruczeć słowo sprzeciwu, zażądać wiecznego oddania, obietnicy na zawsze. Ale gwiazdy znów były takie wyraźne tej nocy, a ona nie chciała burzyć porządku natury. Wszystko miało swoje miejsce, kiedy zanurzał dłoń w blasku księżyca opartym o jej biodro.

Jeszcze raz, prosiła. Żeby tak jeszcze tylko raz.

Nie był jej. A przynajmniej nigdy na długo. Bo kiedy wreszcie zwracała twarz w jego stronę, łóżko było puste. Czuła ten moment: ciężar tamtego ciała nagle znikał, rozpływał się wraz ze wschodem słońca. Wtedy już wiedziała, że pragnienia nie są dane na zawsze.

Może znowu go sobie wymyśliłam?

W dotkliwie nawracających chwilach niepewności wodziła dłonią po materacu, szukając wgłębienia po drugiej stronie.

Jest. A więc nie, tym razem jeszcze go nie zmyśliłam.

Ale prócz tych nocy miała także te nieskończenie długie poranki, popołudnia i wieczory. Wszystkie te godziny, w których go zabrakło.

Spotkała go kiedyś na ulicy, w tym obrzydliwie nudnym miasteczku, oddalonym zaledwie dwadzieścia minut od jej domu. Dziwnie było zobaczyć go pośród innych osób, odartego z mroku, w którym tak doskonale potrafił się ukrywać. Serce waliło jak oszalałe, kiedy prosiła, żeby na nią spojrzał.

A gdyby tak zawołać?

Chciała opowiedzieć mu, że wczoraj w ogrodzie spotkała dwie sarny. Tak, w tym samym, przez który co noc się do niej przedziera. Może jutro znów tam będą, kiedy przyjdzie?

Gdy stawiła się na umówioną dawno temu wizytę, jej fryzjerki nie było w salonie. Najwyraźniej akurat tego poranka ta postanowiła sprowadzić na świat kolejne dziecko. Co za nonsens! Prawda? Dzisiaj nie powinno się już rodzić niemowlaków! Tyle wokół cierpienia…

Natomiast jej siostra rzuciła studia (tak, kolejne!) i z dnia na dzień postanowiła wyjechać do Nowej Zelandii. I, nie uwierzysz, rzekomo czeka tam na nią miłość jej życia, mężczyzna dziesięć lat młodszy, poznany kilka miesięcy temu przez internet. Boże, gdyby tylko mieć tyle odwagi! Albo chociaż być zdolnym popełnić taką głupotę! I o czym tu jeszcze…


Wiesz, czasami o nas myślę. O tym, kim byśmy byli, gdyby spróbować razem czegoś więcej niż ten lufcik w moim oknie. Chciałam uchwycić początek tej historii, ale wszystko już mi się plącze i chyba nie zdołam. Zwłaszcza gdy jesteś tak blisko, że wystarczy przejść przez tę przeklętą ulicę. Gdyby tak…

Szłam za twoim głosem. Boże, jak ślepo za nim szłam! Teraz to widzę wyraźnie. Ale potrzeba było wielu lat, żebym spojrzała na nas z dystansem. Jeszcze tylu rzeczy nie wiem, kiedy tak patrzę na ciebie, jak wystawiasz twarz ku słońcu.

Nie wiedziałam, że masz tyle zmarszczek przy oczach. Zawsze powtarzasz, że upływający czas niekorzystnie odbija się na twojej twarzy. Ale ja nie mogę przestać się wpatrywać. Może dlatego, że widzę je po raz pierwszy. Gdybyś tylko, choć na sekundę, spojrzał na siebie moimi oczami, na tę swoją oliwkową skórę, po której czasami pozwalasz błądzić moim wargom.

Nauczyłam się przy tobie, że usta kłamią. Mówią coś zupełnie innego, niż serce krzyczy. Dość patetycznie. Prawda? Ale dobrze wiesz, że tak jest. Już dawno bym odeszła, gdybym zawsze ufała twoim słowom. Są bronią, którą odstraszasz mnie od siebie. Wtedy za każdym razem obiecuję sobie, że więcej na ciebie nie spojrzę, że zamknę ten nieszczęsny lufcik w oknie.

Ach! Gdybyś zapytał, przyznałabym, że to wszystko o tobie, i że tkwi to w każdym fragmencie mnie już od lat. Gdybyś zapytał, przyznałabym, że mogło być inaczej. Jeśli tylko potrafiłabym ci odmówić, choć raz. Chociaż ten jeden raz. Może zyskałabym w twoich oczach trochę szacunku? Ale to niemożliwe… Bo wiem, że potem znów byś się pojawił. Każda dokładnie przemyślana decyzja, podjęta ledwie godzinę wcześniej, straciłaby na znaczeniu, kiedy poczułabym cię za plecami.

Dlaczego to jest takie trudne? Dlaczego już od lat noszę w sobie te wszystkie uczucia i nie umiem ich nazwać? Bo i czym my właściwie jesteśmy, co? Tyle razy już odszedłeś. Za każdym razem rozbierasz mnie kawałek po kawałku i czasami boję się, że kiedyś mnie zabraknie, że oddam ci wszystko. A ty przecież odchodzisz. Ot, tyle o nas wiem. Zawsze sobie jakąś znajdujesz, a po niej i tak do mnie wracasz. Potem czekam na ciebie jak głupia. Czekam z nadzieją, że tym razem będzie inaczej.

Nie rozumiesz? To wszystko twoja wina! Każde muśnięcie dłoni, każdy oddech na karku, ciepło twojej rozgrzanej skóry. Nie dajesz mi nic, dając mi wszystko. Wariuję już przez ciebie! Wciągasz mnie w swoją chorą grę! Tak! Pozwól mi pójść swoją drogą, daj wziąć wreszcie porządny wdech.

Gdyby tak odespać to wszystko… Jak myślisz, przez ile nocy można wpatrywać się w sufit zanim ciało podda się zmęczeniu? Przekonałam się, że wiele. Tak niezliczenie wiele… A jednak tylko przy tobie czuję, że żyję, chociaż zabijasz mnie każdym swoim niedopowiedzeniem. Jak przestać czuć cokolwiek, skoro czuje się wszystko tak bardzo?

Nie, nie odchodź! Wiesz, że tak naprawdę nie chcę żadnych nocy bez ciebie. Wolę dźwigać porozrywaną duszę niż budzić się z myślą, że dzisiaj cię nie będzie. Bo wiesz, może to nie na miejscu, może mi nie wolno, ale cię pokochałam. Kocham twoje lepsze i gorsze dni. Uśmiechy, docinki, zaczepki, żarty, spokój, cierpliwość, mądrość, pasję, niezdecydowanie, bezradność, strach, wątpliwości. To, że podjęcie prostej decyzji, to dla ciebie godziny przemyśleń, kiedy ja po prostu skaczę. Przecież wiem, że i tak mnie potem złapiesz. Dłonie. Te twoje dłonie!

Kocham cię takiego, jaki jesteś, gdy nie udajesz. I myślę o tym wszystkim tutaj, na samym środku chodnika, w tym nudnym mieście. I zdaje mi się, że znowu mam cię za plecami, a twój zapach wypełnia mnie tak bardzo, że brakuje mi tchu. Jest kojącą mieszanką lawendowego płynu do płukania i absurdalnie drogiej wody po goleniu. Ten zapach też kocham, ale tylko, kiedy pokrywa twoją skórę. Moje serce pędzi, ciało pulsuje i rumienię się. Wołam o dotyk!

Jak możesz być tak spokojny, kiedy ja pragnę cię całą sobą? Skąd w tobie siła, żeby wyrównać oddech, kiedy mój własny przyprawia mnie o zawrót głowy? Tak, chyba jeszcze tylko to chciałam ci powiedzieć.

Może jest jakaś szansa? Może czasami kłamałeś, mówiąc, że nie ma dla nas nadziei? Może chwilami jednak coś do mnie czułeś? Zwłaszcza w te upalne lipcowe noce. Ale to nic. Nieważne. Zapomnij.


Mogła po prostu tam podejść. Mogła oprzeć dłoń na ramieniu, spojrzeć w oczy, roześmiać się. Mogła wreszcie sprawić, że będzie normalnie. Zamiast tego wpatrywała się w jego plecy. Był coraz dalej i dalej, aż zniknął zupełnie. Tak, jak zawsze znika.

Kiedyś naprawdę spróbowała go zatrzymać. Zapytał tylko: „Czy skądś się znamy?”.

Głupia.

Przecież rzeczywiście się nie znali. Był tylko cieniem przelewającym się przez lufcik w oknie.

Nie wiń jej jednak. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że los wszystko dla niej zaplanował. I gdy myślała, że on był tam, żeby ją kochać, to tak naprawdę dopiero uczył się miłości od niej.

Co jakiś czas przypominała sobie, jak pierwszej nocy wyszeptał jej do ucha, że już nie pamięta, jak się przytulać, że już tego nie potrafi. Czuła za sobą ciężar jego osamotnienia i dokładnie w tamtej chwili zrozumiała, że wspólnie odnajdą jego serce. Po jego wyjściu długo płakała. Nad nim. Nad sobą. Nad tym przerażającym życiem, które ich do siebie doprowadziło. I była wtedy pewna, jak nigdy niczego, że to musi być miłość. Bo cóż by innego?

Dziś jeszcze nie zrozumie tego, że był tylko jedną z tych osób, które nigdy nie miały zostać na zawsze.

Któregoś razu wymieniał wszystkie rzeczy, których nie wolno im było robić, i tłumaczył, o ile jeszcze kroków mogą się posunąć. Wślizgnął się wtedy pod kołdrę, żeby przez całą noc kreślić na jej ciele granice, których za żadne skarby miała nigdy nie przekraczać. Przez cztery godziny tylko słuchała, bojąc się zapytać co dalej. Wstrzymywała więc powietrze, żeby nie krzyczeć. Gdy tak potakiwała, zdała sobie sprawę, że największym murem na ich drodze jest on sam. I że prawdę dawkował jej jeszcze skrupulatniej niż siebie.

Późną zimą, kiedy koniec stał się już nieunikniony, zaczęła odzyskiwać swój głos. Zapytała:

– A świerszcze?

– Co z nimi?

– Pamiętasz jeszcze świerszcze?


A bywały przecież i te noce. Wiedział, że znowu zostawi dla niego delikatnie uchylony lufcik. I znowu będzie udawała, że to z przyzwyczajenia do bryzy napływającej znad oceanu.

Nigdy nie zakładał, że akurat tej nocy do niej wróci. I sam właściwie nie rozumiał, dlaczego nie pozwalał jej zapomnieć. Pragnął jej. Jej ciała, które zawsze przyjemnie chłodziło jego rozpaloną skórę. I nienawidził siebie za to pragnienie. Nie kochał jej. Prawda? Nie potrafił, ponieważ nie była Miłością. Ot, tylko tyle…

Miłość smakowała porzeczkami – takiej pomadki używała. Miłość miała długie, kręcone włosy, które zawsze plątał wiatr. Miłość narzekała potem, że nie wygląda dostatecznie pięknie, a przecież dla niego była idealna. Miłość była kłótnią toczącą się dniami, nocami, a potem latami. Wreszcie: Miłość bolała do kości. Miłość go opuściła. Nie była na zawsze. Od tamtej pory, od ponad piętnastu lat, wszystko opowiadało o niej. Jak zatem mógłby pokochać te gorące lipcowe noce?

Lubił je. Nigdy nie mówił, że jest inaczej. Jej skóra była wyjątkowo gładka, jednak po wewnętrznej stronie ud przecinało ją kilka rozstępów. Nierówne ścieżki umościły się na jej krągłych biodrach i skupiały na sobie jego uwagę. Wyczuwał je, kiedy ciekawie sunął palcami po jej ciele, centymetr za centymetrem. Ona zaś drżała, z głową zawsze zwróconą ku przeciwnej stronie pokoju. Myślał, że jest wyjątkowo nieśmiała, i że tak jest chyba lepiej. Wolał, żeby ich twarze nie spotkały się na środku łóżka. Jedne usta zaraz szukałyby drugich. Taka ich przecież natura… Odnaleźć się w sobie, w delikatnych muśnięciach. W pytaniu o to, jak daleko można się posunąć. I w odpowiedziach, które zapierają dech. Nie, bzdury! Zaraz wywołałoby to niepotrzebną bliskość.

Najbardziej na świecie nie lubił zaś niedopowiedzeń. Dlatego często tłumaczył jej monotonnym głosem, że nic więcej nie jest w stanie zaoferować. Bo lata temu to właśnie Miłość wszystkiego go pozbawiła.

Po tamtej obiecał sobie, że w jego życiu zapanuje idealny porządek – tego się trzymał, na tym mógł polegać. Ubrania równo poskładane. Zawsze wyprasowany kołnierzyk. Posada księgowego. Tak wspaniale jest uciec w liczby: one nigdy nie kłamią. Wakacje dwa razy w roku, zawsze ten sam hotel. Obsługa jest tam doprawdy przemiła, a śniadania wyśmienite. Raz w miesiącu wyjście z kolegami do miasta (i nie wróci później niż o czwartej nad ranem).

I tylko ten lufcik był niepotrzebnym chaosem. A mimo to wślizgiwał się przez niego niemal każdej nocy. Chciał na chwilę w niej zatonąć. Zawsze jednak na swoich zasadach. Niechby tylko spróbowała je złamać!

Spotkał ją kiedyś na ulicy, w tym obrzydliwie nudnym miasteczku, oddalonym zaledwie dwadzieścia minut drogi od jej domu. Zdarzyło się to już drugi raz. Taki pech! Za pierwszym razem udało mu się jednak wybrnąć. Udał, że jej nie poznał. Chyba uwierzyła. W gruncie rzeczy przecież wcale się nie znali. Prawda?

Drugie spotkanie było jednak inne. Nie rozumiał dlaczego, ale chciał do niej podejść. Wystarczyło przekroczyć wreszcie tę przeklętą ulicę. Mógłby opowiedzieć jej, że musi szybko odwiedzić swojego brata, któremu ledwie dziś rano oszczeniła się suka. Cóż za absurd! Po co sprowadzać na ten świat jeszcze więcej zwierząt, skoro już nawet ludzi jest o wiele za dużo? Powinien być u niego dwie godziny temu, ale pech chciał, że uciekł mu autobus. Wszystko przez fryzjerkę, która wrzeszcząc, wyleciała z pobliskiego zakładu. Wyglądała przy tym tak komicznie! Z ogromnym sterczącym brzuchem, biegła zygzakiem Bóg raczy wiedzieć dokąd i wymachiwała rękami wkoło.

Tak się zapatrzył, że autobus przejechał mu przed nosem. Dlatego postanowił się przejść, i traf chciał, że się spotkali!


Wiesz, czasami o nas myślę. O tym, dlaczego to wszystko się dzieje. Czasami myślę też, że niczego nie potrafię zrobić właściwie. Umykają mi rzeczy ważne, ciągle wypierane przez jakieś drobnostki, nad którymi potrafię zastanawiać się nieznośnie długo.

Poukładałem koszulki według kolorów. Uwierzysz? Zajęło mi to cały dzień, bo kilka razy zmieniałem zdanie co do kolejności umieszczenia ich w szufladach. Powinienem zacząć od jasnych barw i przechodzić powoli ku ciemnym, czy może odwrotnie? Zresztą pewnie nic cię to nie interesuje. Ty… jesteś jak wiatr. Nadchodzisz razem z bryzą znad oceanu za twoim domem i zapewniasz mi przyjemny chłód. Nawet nie wiesz, jak bardzo potrzebuje go moje rozpalone ciało. Ale to nic. Nieważne. Przecież i tak ci tego nie powiedziałem. Ach, jeszcze jedno: pamiętam świerszcze. Chociaż może nie zauważyłaś, że blask księżyca co noc opiera się o twoje biodro. I to jest dużo lepsze niż te twoje świerszcze. Wczoraj znowu u ciebie byłem. I chyba powinienem coś z tym zrobić. Coś jeszcze, żeby mieć pewność, że nad wszystkim da się zapanować…


I kiedyś w końcu, a było to kilka miesięcy po spotkaniu w tym nudnym mieście, postawił o jedną granicę za daleko. Cień wpatrywał się w zamknięty lufcik i wiedział… tej nocy już wiedział, że ona nigdy więcej nie pozwoli mu się przez ten lufcik przelewać.

Myślał:

A więc to tyle? A więc wreszcie odeszła…


Redakcja: Kuba Moroński
Korekta: Sylwia Siwek

4 thoughts on “Wszystkie nasze noce”

  1. Przepiękne i wzruszające opowiadanie. Bardzo ciekawie zrobione wtrącenia i ujęcie perspektywy obu stron.

  2. Bardzo subtelnie opisany proces oddalania się od siebie.Niezgoda na osaczenie i „podcinanie skrzydeł”.Przynajmniej ja tak to widzę.Brawo Patka😘

  3. Wzruszające i smutne pewnie dlatego, że tak znajome. Ciekawe i czyta się jednym tchem … Dobra robota 🙂

  4. Patrycjo! Chciałabym Ci bardzo podziękować za to opowiadanie. Będę do niego wracać, jak do czegoś bardzo znajomego, bo to, o czym piszesz, było moim udziałem. Udziałem wielu kobiet. Mogłabym się podpisać pod każdym słowem Twojego tekstu. Budzi tęsknotę za tym co przeszłe, ale wciąż jeszcze żyje, a może czasem tylko ożywa. Mówi o tym, że miłość to nie tylko czerwone serduszka, ale całe lata naszych doświadczeń, bagażu, lęków, ograniczeń, bólu, cierpienia. To ta otwarta klatka, z której już nie wyfruniemy, bo z naszych skrzydeł ktoś jedno po drugim powyrywał pióra. Nawet, jeśli doznamy łaski dotyku, pieszczoty, chwilowego ukojenia, to będzie to tylko moment, bo ból po piórach skrzydeł na nic więcej nie pozwoli. Uwielbiam Twoją twórczość, którą odnalazłam dzięki Kubie. Czekam na więcej! Edyta.

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Scroll to Top