Odkąd sięgam pamięcią, bałam się ciemności. Tego braku pewności, co też w mroku na mnie czyha. I chociaż z biegiem lat potwór, który mógłby ewentualnie się tam przyczaić, zmieniał swoje oblicze, to jednak wciąż gdzieś tam tkwił. Zawsze obserwował. Dlatego nigdy nie gaszę światła w pomieszczeniu, zanim z niego nie wyjdę i zanim nie upewnię się, że w kolejnym pokoju czeka na mnie chociażby niewielki snopek światła. Przebiegam też szybciutko pomiędzy krętymi korytarzami i skrzętnie unikam wszelkich zacienionych kątów. Dlatego wieczorami omijam przejścia podziemne. W moim rodzinnym mieście jest kilka takich naprawdę nędznie oświetlonych. Tak, wieczorem prędzej obejdę całe miasto dookoła, niż dam się wciągnąć tym przerażającym tunelom. Jest tylko kilka osób w moim życiu, z którymi odważyłam się zostać w niczym nieoświetlonej ciemności. Dlatego, kiedy myślę o czymś, co naprawdę boli, staram się trzymać oczy szeroko otwarte. Bo pod osłoną ciemności, kiedy zjawią się potwory, dopada mnie poczucie, że ten mrok nigdy się nie kończy.

Jednak pewnej niedzieli pokonałam ciemność. Rozświetliły ją latarki moich towarzyszy. Rozgoniły chwile, które w momencie, kiedy to piszę, płynnie przekształcają się już we wspomnienia. Staram się je więc uchwycić póki jeszcze świeże. Póki są tuż obok, na wyciągnięcie ręki. Zaczynajmy więc.
Dzisiaj spacerujemy po Stob Coir’an Albannaich i Meall Nan Eun, do których poprowadzi nas urocza dolina. Tam podobno kręcili Jamesa Bonda – tego niepodważalnie najlepszego, którego zagrał Daniel Craig. W tym miejscu można by śmiało przystanąć na dłużej, bo naprawdę jest nad kim się pochylić, ale (uśmiechając się pod nosem) pójdę dalej, bo nie o tym ten blog. Jeszcze tylko most, który prawie w nas uderzył. Tak, świadomie piszę, że to on w nas a niekoniecznie my w niego, bo to jego obwiniam o cztery sekundy grozy, w czasie których zdążyłam się pogodzić, że oto niechybnie przyszedł czas w moim życiu na pierwsze czołowe zderzenie. Takie w sensie dosłownym. Bo w tym mniej dosłownym, to doświadczam średnio, co kilka dni. Już nawet trochę z przyzwyczajenia podczas tych niedosłownych zderzeń prawie przestałam odczuwać ból, został jakiś ledwie dyskomfort. Może dlatego i to potencjalne spotkanie przyjęłam na chłodno. Gazela za to wrzasnęła nam do ucha najwyraźniej niezbyt pogodzona. Nie wiem tak do końca, czy sytuację opanował Kaskader czy też jego auto, ale ostatecznie ani most nie musnął nas ani my jego. Dobrze, zatem możemy iść wreszcie w góry.

Oprócz mroku pamiętam z tej wyprawy lód. Sople przyjemnie chłodziły rozgrzane od wysiłku ciało, a w ślad za nimi zimne krople na mojej skórze. Spływały wolno w dół wywołując dreszcze. Był jeszcze lód pokrywający ścieżki przed nami. Tańczyłam po nim niezdarnie, zresztą zupełnie tak, jak na parkiecie. Tam też zwykle gubię rytm, nie liczę kroków, bo brakuje mi do tego cierpliwości i daję się ponieść muzyce, która bardziej niż z głośników wypływa z mojego serca. I teraz, kiedy to piszę, wiem, że ten czasami nieporadny taniec zupełnie podobny jest do mojego życia. Pozostała trójka odważnie stąpała po lodzie. Chyba nie bali się poślizgnąć. Ciekawe, czy oni tak zawsze i w każdej sytuacji…
Tamtejsze tereny przypominały nam sawannę. A to za sprawą charakterystycznych drzew, o których mógłby więcej powiedzieć Ujarzmiciel Ścieżek. Ja na pewno też, gdybym go słuchała, kiedy opowiadał. A w tych opowieściach uwierzcie, że nie ustawał. Mnie i Kaskaderowi akurat może średnio wypadało coś tam zamarudzić, ale na całe szczęście Gazela nie przebierała w słowach, kiedy setny raz było coś o okolicznej faunie i florze. Ujarzmicielu, przepraszam. Niczego z tych lekcji nie wyniosłam. Obiecuję poprawę.

Zatem rozległe horyzonty o rdzawym zabarwieniu przełamanym gdzieniegdzie późno roczną zielenią. Jeszcze drzewa o nieznanej nam nazwie. Potem mgła, opierająca się o górskie zbocza – miejscami tak strome, że sapałam z zachwytu. Trochę też ze zmęczenia. Ta mgła akurat odcisnęła na moich włosach ślad, zostawiając mnie z czymś pomiędzy owcą o bujnych kształtach a trwałą, która w ostatecznym rozrachunku okazała się być nietrwała. Był jeszcze szampan na szczycie numer dwa, krowy, które w gruncie rzeczy chyba nic sobie z naszej obecności nie robiły oraz moje buty wesoło taplające się w każdym napotkanym błotku. Dosłownie każdym, nie przesadzam. Pełne gracji omijanie błota, to kolejna umiejętność, której nie przyswoiłam. Jak zapewne już się domyślasz, pozostała trójka natomiast zgrabnie unosząc się w powietrzu, wraca do domu w butach czystszych niż przed wyprawą.
A tam gdzieś na samym końcu jeszcze mrok, który mi rozświetlono.

Mój kolega z pracy powiedział ostatnio, że literatura nigdy nie ocali żadnego życia. W przeciwieństwie do mikrobiologii. I chociaż nie miał niczego złego na myśli, i też poniekąd miał rację, utkwiło mi to zdanie w głowie. Tłucze się uparcie o jej ściany i nieustannie rodzi we mnie bunt. Ten wypływa z mojego ciała nawet może wbrew woli. Bo przecież spójrzmy prawdzie w oczy. Wszystkie racjonalne przesłanki przemawiają na korzyść kolegi. A jednak coś mi się tutaj nie zgadza. I kiedy próbuję zrozumieć, skąd ta niezgoda wypływa, wracam do swojego życia, a tam wszystkie odpowiedzi czekają już podane na tacy. Wracam do lat spędzonych w murach wspaniałej biblioteki, gdzie nauczyłam się rozumieć siebie i świat. Ten budynek, do którego miałam szczęście na chwilę wrócić, był moją twierdzą. Wracam do powieści, które są moim drogowskazem. Wracam wreszcie do autorów, którzy samym tylko słowem tworzą nieskończenie piękne światy. Jeśli stwierdzenie, że literatura ratuje świat wyda się komuś nad wyraz, to pozwólmy sobie na mały kompromis. Co jeśli powiem ci, że literatura też, jak my w tamtą niedzielę, rozświetla mrok?
Zobacz też: „Prawda po prostu chce wypłynąć na wierzch”. Historia o tym, jak ugrzęzłam w śniegu.

Więc… jaka pozycja na dziś? „Promyczek” spod pióra Kim Holden. Autorka snuje opowieść o doświadczeniach, które sprawiają, że upadamy. To takie ciosy, których boją się nawet potwory ukryte w ciemności. I może się zdarzyć, że taki bagaż niesiony zbyt długo, okaże się za ciężki. Łatwiej będzie po prostu pozwolić mu nas przygnieść. Tylko co dalej? Wyobraź sobie, że upadasz. Nogi już zbyt słabe, żeby cię prowadzić. Odrętwiałe ramiona zawieszone nisko i plecak już powoli leci ku ziemi. Więc dobrze, upadasz wreszcie. I na chwilę jest ci nawet lepiej. Mięśnie rozluźnione. Stopy pulsują, czując rozkoszną ulgę. No, ale przyznaj. Ciągnie trochę od asfaltu, prawda? Jest też dość niewygodnie. Twarda ulica, to jednak nienajlepsze miejsce na drzemkę. Dlatego zapytam jeszcze raz, co zrobisz potem?
Kate, bohaterka powieści Holden, uzbierała całkiem pokaźny bagaż. Jej plecak wypchany jest bardziej niż ten, który Ujarzmiciel dzielnie nosi podczas naszych wypraw. A ma tam naprawdę wszystko. Podejrzewam, że nawet rozkładaną sofę. Tak na wszelki wypadek. W ciemności, która chciałaby ją już dawno pochłonąć, ona jest tym właśnie Promyczkiem. Wciąż znajduje w sobie wystarczające pokłady siły, żeby powiedzieć: Masz przed sobą wspaniałe życie. Przeżyj je co do minuty. Zacznij już teraz. Ta powieść, napisana w lekkim stylu, jest bezlitosną lekcją życia. Poruszającą lekcją. Czułą. Splata niewyobrażalny ból ze spektakularnością bycia. Po prostu. Bo w życiu nie chodzi o wygraną w konkursie nieszczęść.
Tak oto pewnej niedzieli zrozumiałam też, że czasami w ciemności widzimy wyraźniej niż za dnia. Wiele spraw, większych bądź mniejszych, zaczyna nabierać kształtów. Odcinają się od horyzontu wyraźną linią. Tak jak szczyty w mroku przecinając niebo. A jak już raz uda ci się je takimi zobaczyć, to daję ci słowo, nigdy nie będą takie jak przedtem.
Zobacz więcej wpisów z Serii: Literackie Szczyty!
