Od dobrych kilku dni noszę w sobie ten wpis. Siedzi w głowie, bije o jej brzegi, próbuje się wydostać. Ale kiedy odpalam laptopa pojawia się ona… Rozczarowana twarz doktor S., mojej promotorki. Nie, nie ustawiłam sobie jej zdjęcia na pulpicie, ale właśnie dotarło do mnie, że to nie jest taki głupi pomysł. Mogłaby do mnie mówić. 60 stron za Tobą. Jeszcze 40. Jeszcze dwa tygodnie. Pacia, ogarniaj! Tymczasem symbolem jej pełnego dezaprobaty spojrzenia, pozostaje ikona Worda o przewrotnej i patetycznej nazwie Praca magisterska. No cóż. Ponieważ to nie będzie pierwszy raz w moim ponad trzydziestoletnim życiu, kiedy oddam się przyjemności kosztem powinności, pozwolę sobie wreszcie na ten krótki wpis. Może świat i tym razem z tego powodu się nie skończy. Może.

Byłam ostatnio w górach. Tak wiem, żadna nowość. Ale te dwie wyprawy nieprzypadkowo wydarzyły się właśnie teraz. Nieprzypadkowo jedna po drugiej. Wydarzyły się, żebym odebrała od życia kolejną lekcję. Jestem przecież żywym dowodem, że na te nigdy nie jest za późno. Pracę domową odrabiać można w każdym wieku. Z czasem jednak chyba coraz staranniej. Świadomie dobierając słowa. Z rozmysłem wyodrębniając najistotniejsze cząstki. Tym razem musiałam znaleźć odpowiedź na kilka pytań. Co, jeśli nie zawsze muszę być najlepsza? Co, jeśli nie każda góra musi być najwyższa? Co, jeśli czasem mogę po prostu odpuścić?
Ale, żeby nie było tak łatwo, nie odpowiem przecież od razu. Najpierw zapraszam ze mną na spacer. Złożymy szybką wizytę The Pap of Glencoe i udamy się w sentymentalną podróż na Ben Nevis. Dzisiaj będzie na szybko, więc bez literatury.
Najpierw The Pap. Jesteśmy w słynnej Dolinie Glencoe. Nie byłam w górach tak dawno, że marudzę i marudzę chłopakom, żebyśmy poszli na wyższy szczyt. Na szczęście mnie zignorowali. To było niesamowite 700 metrów. Ścieżka początkowo jest trawiasta, tak jak lubię. Podejście raczej łagodne. Cudowne widoki za plecami. Raczą nasze oczy rozległe Glencoe i Loch Leven, które jest tego dnia jak zwierciadło. Odbija w sobie niebo, okoliczne wzgórza, słońce. Tego mi było trzeba. Do tego pionowe głazy niedaleko szczytu! Trzęsę się w takich momentach jak osika, serce łamie mi żebra, głowa dramatyzuje, że zginę, a ja szukam stopą miejsca, o które mogę się oprzeć. Chwytam dłonią szczeliny, które pomogą mi się podciągnąć. Skupiam tylko na kolejnym ruchu. Nie ginę. Chcę tak jeszcze raz.

To nie był najwyższy szczyt w moim życiu i naprawdę trudno mi było ten fakt zaakceptować. Na początku. Ale przynajmniej natarłam Ujarzmiciela Ścieżek. Zwiedziłam piękne jezioro. Taszczyłam jakieś dziwne gałęzie. Wspięłam po pionowej ścianie. Króciutkiej, ale zawsze.
Teraz słoneczna niedziela i Ben Nevis. To ten pierwszy dzień po sztormie, który zawsze jest piękny. Wypełnia go spokój. Jakby natura dawała człowiekowi chwilkę na naprawę szkód, które wyrządziła ledwie kilka godzin temu. Po dniach jak te, dniach które zrywały dachy z domów, sąsiedzi z wolna stawiali płoty z powrotem na swoje miejsce, szukali zagubionych desek, wracali do życia. Zaglądali też po wszystkim do swoich ogrodów, poklepywali po ramieniu i pocieszali, że przynajmniej nikomu nie stała się krzywda. A jeszcze inni szli w góry, tam szukać spokoju od sztormów, które przetaczają się przez miasteczka.

Wiedziałam, że to nie był dzień na szczyt. Wyruszyłyśmy zdecydowanie za późno. Było już po 13 i tym razem, to ja musiałam być tą odpowiedzialną częścią grupy, dlatego starałam się dyskretnie gasić entuzjazm mojej przyjaciółki. Ale to nic, ten szczyt już przecież zdobyłam. Nie ma presji. Przynajmniej tak myślałam. Boże, jakaż ja bywam naiwna! Bo kiedy już weszłam na znaną mi ścieżkę, poczułam pod stopami ten kojący oddech góry, to byłam znowu tylko tam. Tylko teraz. I za nic nie chciałam zawracać. Poza górnolotnym wydźwiękiem tych chwil, były też takie całkiem prozaiczne. Popadałam bowiem trochę w samozachwyt, jak bardzo ta góra nie stawia mi już oporu! Jaka jest swoboda w moich ruchach, jaka lekkość! W tym uniesieniu nad własną niesamowitością, zapomniałam nawet potykać się co trzy kroki. Niemal dwa lata temu pokonywałam te samą trasę. Moja pierwsza góra. Okrutnie mnie wtedy bolało całe ciało! Było wspaniale, ale boleśnie. A tej niedzieli? Sunęłam, jak Boga kocham, sunęłam!
Dlatego kiedy mniej więcej w połowie trasy moja przyjaciółka powiedziała, że ma dość, ja dość nie miałam. Wiedziałam, że to dobra decyzja, bo musimy zejść, zanim będzie ciemno. Wiedziałam, ale… Powiedziałam, że potrzebuję tylko 10 minut i polecę na wodospady. Poleciałam. Wciąż nie miałam dość. Dlatego (i uwaga, bo to będzie szokujące) potruchtałam przed siebie. Jak słowo daję, potruchtałam. W górach! Nie wiedziałam, że potrafię. Stuknęło prawie 1000 metrów i uznałam, że lecę dalej. Lecę na ten przeklęty szczyt, choćby nie wiem co. Ale przecież ktoś na mnie czekał, no nie można tak ludzi porzucać, więc zawróciłam. I kiedy rozpędzona i zdyszana doleciałam do przyjaciółki, zastałam ją rozłożoną na kamieniach, całą szczęśliwą. Opatulona w piętnaście kurtek (ja miałam na sobie tylko bluzę), dwie pary spodni (u mnie jedna para leginsów), w czapce i kapturze (bez komentarza) oznajmiła mi, że mogłam już lecieć na ten szczyt… Mogłam lecieć na ten szczyt.

I teraz już wiem z całą pewnością, że nigdy więcej nie zawrócę tylko dlatego, że ktoś czeka na mnie kilkaset metrów niżej. Dopóki słyszę w głowie idź Pacia, idź przed siebie. Dopóki sama nie zadecyduję, że to już czas odpuścić, będę szła. Nie zawrócę. Nie zatrzymam się. Nie ominę już żadnych szczytów, jeśli będę czuła, że jestem gotowa je zdobyć.

Jeśli nie każdy szczyt musi być najwyższy. Jeśli nie zawsze muszę być najlepsza. To co wtedy? Co mi zostanie? Czy jeśli odpuszczę, to nadal będę sobą?
Zobacz więcej wpisów z Serii: Literackie Szczyty!

Patrycja! Cudownie to napisalas… powodzenia z praca magisterską. Bo „ona” już tu prawie jest tylko wyciągnij rękę. Decyzję już podjęłaś więc biegnij dalej.
Ania C.