„Musisz wiedzieć, że to też minie”. Albo o tym, że widok czasem ssie

znak kierunkowy w górach

Będąc zupełnie szczerą, planowanie górskich wypraw nie jest moją domeną. Pamiętam jedynie o tym, żeby spakować plecak i zabrać mój termos w uroczym brzoskwiniowym odcieniu (okej, nawet o nim czasami zapominam). Zaś o tym gdzie byłam, dowiaduję się zwykle po fakcie od Niezwyciężonej Gazeli J. Ona skrupulatnie dokumentuje wszystko na swoich mediach społecznościowych. I naprawdę mam na myśli wszystko. Dowiaduję się nawet, ile kilometrów przeszłam! Genialne! Nigdy bym nie wpadła na to, żeby sprawdzać takie szczegóły…

Gazela daje mi też znać, czy przed drogą mam wciągnąć dwa aviomariny, czy mogę sobie odpuścić. Stąd wiem, jak daleko jedziemy. Tak, w kwestii planowania wędrówek zdaję się zupełnie na moich towarzyszy. Do tego stopnia, że gdyby kiedyś pomyślało im się zabrać mnie na K2, to zorientowałabym się gdzieś w połowie drogi na szczyt, że coś jest nie tak. Pewnie właśnie wtedy zaczęłoby mi brakować tchu, żeby dalej wyśpiewywać Na głowie kwietny ma wianek. Więc, kiedy Wielki Ujarzmiciel Ścieżek M. mówi, że gdzieś będzie ładna pogoda, to wlekę się za nim w ślepo. Jednak tego dnia pogoda oszukała nawet Ujarzmiciela… Chmury czyhały na nas już na wysokości jakichś 300 metrów.

Zdążyłam zrobić jedną ponurą fotkę niknącego horyzontu, a potem świat zatonął w odcieniach szarości. Ale po kolei. Otóż jesteśmy gdzieś pomiędzy Perth a Kinross, zdobywając dwa szczyty A’Bhuidheanach Bheag i Carn Na Caim (tak, te informacje skopiowałam właśnie z Facebooka J., dzięki!). Dzisiaj się nie zmęczymy. Góry w tym regionie należą raczej do „płaskich”. Oznacza to ni mniej, ni więcej, że przechadzamy się po horyzontach, które zdają się nie mieć końca. Taki widok naprawdę zapiera dech. Tak przynajmniej sprawy się mają, kiedy cokolwiek widać. Nie dzisiaj, oj nie. Dziś drepcę sobie beztrosko pomiędzy szczytami, zupełnie nie dostrzegam drogi przed sobą i myślę, że topniejący śnieg nie jest jednym z najpiękniejszych widoków, jaki zaserwowała nam natura. Doprawdy, stać ją na więcej. Myślę też o tym, że znowu pobrudziłam sobie buty. Wreszcie o tym, że bywają chwile w życiu, kiedy mgła jest tak gęsta, że nie dostrzegamy czegoś ważnego, czegoś co czeka, o tam na wyciągnięcie ręki. Bywa też, że chmury wiszą tak nisko, że zdają się przygniatać nas do ziemi. A wtedy zwyczajnie brakuje nam siły, żeby po cokolwiek sięgnąć. Bywałam przygnieciona. Zresztą chyba, jak każdy.

Zobacz też: „Prawda po prostu chce wypłynąć na wierzch”. Historia o tym, jak ugrzęzłam w śniegu.

Musisz wiedzieć, że to też minie. To mój ulubiony cytat z książki „Pozwól, że Ci opowiem… Bajki, które nauczyły mnie, jak żyć”. To chyba najbardziej optymistyczne, a jednocześnie najsmutniejsze zdanie, jakie w życiu przeczytałam. „Pozwól, że Ci opowiem…” to zbiór bajek, anegdot i przypowieści. A te mają przecież w zwyczaju pod osłoną przenośni skrywać w sobie uniwersalne prawdy. Autor dzieła, Jorge Bucay, to pisarz i psychoterapeuta. I rzeczywiście, podczas czytania miałam wrażenie, że razem z bohaterem uczestniczę w jakiejś szalonej terapii, która prowadzi mnie do zrozumienia siebie poprzez historyjki o…soczewicy. Albo o kaczce, która poucza kury. Albo o drwalu, który umarł, a przecież nadal żył. Obłęd! Jaki piękny to obłęd! Bardzo polecam dać mu siebie ponieść. Spotkania sam na sam ze sobą nie należą do najłatwiejszych. Ba! To jedno z najtrudniejszych zadań – pokusić się o zrozumienie siebie. Zaakceptowanie i, jak mówi taki śmieszny Pan, o ukochanie siebie w całej swej okazałości. I potem o pójście z tą miłością w świat, nawet poprzez chmury i mgłę. Bo, jak to już Ci się uda, jak pokochasz siebie, będziesz w stanie podzielić się tą miłością z innymi.

I tak na dobrą sprawę, jakie miałam wyjście tam górach? Mogłam oczywiście w ramach buntu położyć się plackiem w ten topniejący śnieg i czekać, aż wiatr przegoni chmury. Mogłam. Ale wtedy oprócz butów miałabym brudną kurtkę. A musicie wiedzieć, że jest odcieniem dobrana pod termos… Byłaby wielka szkoda, gdyby się nie doprała. Zamiast tego szłam przed siebie. Musisz wiedzieć, że to też minie…

Tego dnia góry nie ukazały nam swojego piękna w pełnej krasie. Horyzont uparcie chował się za chmurami, a śnieg topniał, mieszając się z błotem. I wiesz co? Było niesamowicie!

Zobacz też: ZAŁOŻYŁAM BLOGA!


Zobacz więcej wpisów z Serii: Literackie Szczyty!

2 thoughts on “„Musisz wiedzieć, że to też minie”. Albo o tym, że widok czasem ssie”

  1. Trafiając na tego bloga nie sądziłem nawet, że może tu być tak ciekawie. Miło się zaskoczyłem. Pisz więcej dziewczyno, niech wyobraźnia zabierze Cię także na te pisarskie szczyty. Pozdrawiam

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Scroll to Top