ZAŁOŻYŁAM BLOGA!

widok na zbocze kamienne w górach

Przez dziesięć lat mimochodem zerkaliśmy na siebie z Benem. Były to spojrzenia raczej obojętne – w ciszy akceptowaliśmy swoje sąsiedztwo. Po czasie, jak słowo daję, zaczęłam odczuwać swoisty dyskomfort. Koleś mnie oceniał! I nie wypadałam bynajmniej, w tej ocenie pozytywnie. Nie tak szybko dałam się złamać. Oj, nie… Zwykły pagórek nie będzie mi przecież rozkazywał! Ale on znalazł sojuszników. Nigdy nie miałam talentu do knucia intryg, więc nie dziwi, że nawet góra okazała się być bieglejsza w tej sztuce. Te jej natrętne pukanie do okna mojej sypialni, byłam w stanie znosić z godnością, do czasu… Zaczęli jej wtórować inni! Moi, tak zwani, znajomi. Tego było za wiele. Nie mogłam w spokoju wychylić głowy z domu, żeby nie potknąć się o komentarze dotyczące mojej górskiej ignorancji. Skapitulowałam. Pewnego słonecznego poranka (6:00 w dniu wolnym od pracy!) zwlekłam się z łóżka, żeby ukoić swoje nadszarpnięte nerwy i zadowolić gawiedź wspinaczką na najwyższy szczyt Wielkiej Brytanii. Uwierzcie, brzmi tysiąckroć bardziej patetycznie, niż było w rzeczywistości. Pierwsza godzina wędrówki upłynęła mi w nienawiści do siebie, Benka, moich towarzyszy, plecaka uwieszonego na ramionach, losu i wszechświata. Te dwa ostatnie lubię obwiniać o przeróżne życiowe niepowodzenia. Nie ma rady, trzeba iść. Przecież nie zawrócę, choćbym miała skonać. O mojej ambicji, która bankowo wpędzi mnie pewnego dnia do grobu, będę pisała dość często. Ale po godzinie stało się coś, czego nie spodziewałby się nawet majestatyczny Benio. Łydki przestały trzeszczeć z bólu i zaczęło mi się, na Boga, podobać! I wciąż mi się podoba. Bo nigdzie nie zobaczycie niczego piękniejszego, niż w ciszy wyłaniający się zza rogu krajobraz. Bo nic tak nie oczyści przeładowanej głowy. Bo nic Was tak nie zmęczy i nie zrelaksuje jednocześnie. Bo nic tak nie zapiera tchu (również przez zadyszkę, jak akurat zrobi się stromo).

Góry otwierają horyzonty. Horyzonty te dosłowne i te w wymiarze duchowym.

I tak zawędrowaliśmy do mojej największej miłości – literatury. Z nią znamy się od dawna. Wychowali mnie pisarze i pisarki. Ukształtowały słowa ukryte na tysiącach kartek, które przewracałam niecierpliwymi palcami. Chłonęłam te światy, nadawałam im nowe znaczenia, a one nadawały znaczenia światu, który mnie otaczał. Mam wobec literatury dług tak ogromny, że zabraknie mi życia na jego spłatę. To pewne. Dlatego, kiedy nieco mnie zmuszono do pisania bloga, wiedziałam, że będzie o literaturze. Ale nie chciałam, żeby była taka osamotniona i postanowiłam zakolegować ją z górami. Dlaczego? Bo wbrew pozorom wiele je łączy. Lubię myśleć, że nie szczyt jest najważniejszy. Ten jest jedynie nagrodą za podjęty wysiłek. Liczy się droga, która mnie na szczyt doprowadzi. Liczy się to, co z niej wyniosę, jak na mnie wpłynie, co po sobie we zostawi. Kim będę na jej końcu. Tak, jak nie liczy się ostatnia strona powieści.

Stąd wzięły się Literackie szczyty. Snuć tutaj będę historie o zasmarkanych rękawiczkach kolegi (jak słowo daję, góry działają na zatoki jak magnes), o przeskakiwaniu przez wszelkiej maści bajorka (to jedne z najbardziej żenujących historii w moim życiu), o stopach, których nie czułam (nie polecam), o tym, dlaczego krowy chcą mnie zabić (a chcą na maksa!) i o tym przeklętym wietrze (albo deszczu, klasyk). A wszystkie te historie staną się pretekstem do krótkiej refleksji na temat wybranej tego dnia książki.

Więc tak, jedna góra (zawsze któryś szkocki Munros) i jedna książka. Zaczynamy! 🙂 

Słowa to życie. 


Zobacz więcej wpisów z Serii: Literackie Szczyty!

2 thoughts on “ZAŁOŻYŁAM BLOGA!”

  1. Muszę przyznać, że bardzo ciekawa lektura. Kto by pomyślał, że można w tak ciekawy sposób połączyć góry i książki. Fajny pomysł. Bardzo się dla mnie podoba 😊

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Scroll to Top