Pożegnania

Nikt już nie pamiętał, od jak dawna tam stał, osłonięty chylącym się ku ziemi starym klonem. Sam zresztą też nie wiedział, kiedy ostatni raz ktoś go zamieszkiwał.

Klon miał już przeszło sto lat. Chylił się na zgarbionym pniu tak bardzo, że potężne, zmęczone gałęzie zdawały się drapać o kamienne ściany. Kiedy zaś przychodził porywisty wiatr, liście głaskały brudne okna domu, ciekawie zaglądając do środka.

Nie zawsze byli tylko we dwóch. Niegdyś zamieszkiwało tam wiele osób. Wprowadzali się i wyprowadzali, a żaden z lokatorów nigdy nie został zapomniany. Zdarzało się, że na starym klonie ktoś uwiesił drewnianą huśtawkę i co sobotę bujał na niej tę rudą dziewczynkę. Potem ta sama dziewczyna – a było to mniej więcej wtedy, gdy ścięła swoje rude warkocze i zaczęła ukrywać oczy pod zalotną grzywką – nie chciała już, żeby ojciec kołysał ją pod samo niebo. Zdawało jej się to zbyt dziecinne.

Dom bardzo dokładnie pamiętał, jak przyprowadziła za rękę tego chłopaka o zbyt bladych policzkach i wykrzyczała słowa w języku ludzi, którego dom nie miał prawa rozumieć. Rozumiał natomiast siłę, z jaką trzasnęła wtedy jego drzwiami. Ściany jęknęły cicho z bólu, a ukryte na poddaszu myszy schowały się jeszcze głębiej w bezpiecznych ścianach. Wtedy też dziewczyna przekroczyła jego próg po raz ostatni.

Rozumiał też ból matki, która tamtego dnia bardzo dużo płakała. Płakała też dnia następnego i jeszcze kolejnego. Natomiast ojciec bez słowa pozbył się huśtawki. Dom myślał wtedy, że to niekończące się milczenie wiele jest głośniejsze.

Aż jednego popołudnia matka i ojciec spakowali na ciężarówkę wszystkie meble i pudła. Gdy matka wychodziła, jeszcze raz musnęła rzeźbioną klamkę w drzwiach wejściowych, potem uciekła, bojąc się odwrócić. Dom bardzo dobrze zapamiętał dotyk jej palców, bo w ten drobny gest przelała cały ciężar swojego czułego pożegnania. I chociaż dom wiedział, że już nigdy więcej się nie zobaczą, że już nie dobiegnie go zapach tych drożdżowych, kręconych chlebków, które gościły w jego piecu co niedzielę, to nie miał o nic żalu. Przebaczył jej, kiedy tylko poczuł znajome ciepło opuszków palców. Przebaczył przecież dużo wcześniej. Bo wiedział, że próbowała go w ten sposób przeprosić. To nie była nawet jej wina, że nie potrafiła zostać tam ani dnia dłużej. Z warkoczami córki odeszła z domu cała miłość. Poszli więc za nią, bliżej miasta, licząc, że kiedyś do nich wróci. Tak też się stało, ale o tym już ani dom, ani klon nigdy się nie dowiedzieli.

Bywali też inni. Kiedyś – jeszcze przed huśtawką – ktoś zbudował na klonie drewnianą chatkę. Wtedy to dopiero się działo! Trzech niemal identycznych, blondwłosych chłopców codziennie wywracało dom do góry nogami. Śmiech mieszał się z krzykiem, kiedy akurat jeden z braci za mocno popchnął drugiego na trawę. Mama co i rusz załamywała ręce nad bałaganem, który pojawiał się znikąd, choć uprzątnęła go chwilę wcześniej. Wtedy mąż ją obejmował, całował w czubek głowy i prowadził na sofę, by wspólnie w telewizji obejrzeć jakiś śmieszny program. I nagle bałagan tracił na znaczeniu. Szczególnie gdy cała trójka chłopców dołączała do rodziców i wszyscy, upchnięci jeden na drugim na trzyosobowej sofie, przeżywali swoje najpiękniejsze chwile, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Jeszcze nie wiedzieli, że te wspomnienia pozostaną z nimi na zawsze.

Tak, to były dobre dni. Nawet, kiedy w domu zabrakło już miejsca dla trzech głośnych nastolatków, bo każdy z nich szukał już wtedy swojej przestrzeni do wypełnienia. Trzypokojowy dom wypchany był nimi po brzegi i choćby nawet bardzo tego chciał, nie byłby w stanie się rozszerzyć. Dlatego kiedy rodzina kupiła w miasteczku ogromny zajazd z sześcioma pokojami, dom bez żalu odprowadzał ją wzrokiem, aż do ostatniego zakrętu na skraju lasu.

Była też ta urocza para o włosach białych, zupełnie jak ten śnieg, który kilka razy w roku pokrywał cały dach. Spędzili razem zaledwie kilka lat. Dom czuł, że nie wybrali go przypadkiem. Dość szybko zrozumiał, że miał być ich towarzyszem w ostatniej wspólnej podróży. Czuł się zaszczycony, że ktoś mógł uznać jego stare, zimne, spękane ściany za miejsce wystarczająco dobre na pożegnanie się ze światem.

Małżeństwo miało jakichś krewnych. Ci zaglądali czasem, ale zawsze jakby w pośpiechu. Zerkali na zegar uwieszony nad kominkiem i stukali nerwowo palcami o kolana. Dom zawsze czuł się wtedy zirytowany. Skoro nie mieli ochoty na odwiedziny, mogli po prostu nie przyjeżdżać!

To, jak patrzą domy, ma w sobie coś z dziecięcego sposobu spoglądania na świat. Tak samo jak dzieci domy są niewinne, dlatego często nie rozumieją, że ludzkie sprawy są zwykle dużo bardziej skomplikowane niżby się chciało. W istocie małżeństwo miało całkiem sporą rodzinę. Kilkoro dzieci i wnucząt, które bardzo się kochały. Po prostu każde z nich podążało w swoją stronę i tylko czasami zbaczało do gęstego lasu. I tak oto najczęściej byli we czworo: stare małżeństwo, dom i klon.

Ale to były dobre chwile. Żona krzątała się to po domu, to po ogrodzie. On, zgarbiony prawie tak bardzo jak klon, wodził za nią oczami i zawsze próbował być pod ręką. Domowe obowiązki nigdy nie szły mu za dobrze. A to przypalił garnek, kiedy chciał przygotować żonie jej ulubiony żurek. A to wypalił dziurę w dywanie, kiedy prasował koszulę – chciał na urodziny przypomnieć jej barczystego eleganta sprzed sześćdziesięciu lat, tego w którym się zakochała.

Przez te małe potknięcia rozmyślał czasem, czy aby jest dla niej wystarczająco dobry. Czy potrafi oddać ten ogrom miłości, który ona dawała mu przez te wszystkie lata… Nie wiedział, że kiedy przypalił zupę, ona nie czuła jej gorzkiego smaku. Czuła zaś codziennie, że jest dla niego najpiękniejsza – nawet ze zmarszczkami, które znikąd uparcie pojawiały się na jej skórze. Że zawsze ma czas wysłuchać, co też przytrafiło jej się danego dnia. Że jest tuż na wyciągnięcie ręki, kiedy go potrzebuje, nawet jeśli akurat rozdzielały ich tysiące kilometrów. I jakie to szczęście, że troszczy się o nią ten czuły mężczyzna, który odważył się porwać ją do tańca całe lata temu. Już po tym pierwszym walcu wiedziała, że przed nimi długie, wspólne życie.

Dlatego kiedy ona od kilku dni nie wstawała z łóżka, martwiła się, że mąż nie potrafi znaleźć sobie miejsca. Widziała, jak zaglądał przez szparę w drzwiach, próbując odgadnąć, czy nie trzeba jej czegoś przynieść. Ale największą miał nadzieję zobaczyć ją, jak siedzi oparta o wezgłowie i czyta książkę.

Lecz ona czuła, że już więcej nie znajdzie siły, żeby się podnieść. Gasła powolutku i już prawie, prawie była gotowa, aby wreszcie z wolna i po cichu zasnąć na zawsze. Nie dawało jej tylko spokoju, że zostawi męża samego z całym tym bólem, który po jej odejściu co rano będzie rozrywał go na kawałeczki. Nie wiedziała, jak temu zaradzić.

Wtedy właśnie dom poczuł, że może się wtrącić. Otoczył stare małżeństwo ciepłem, które gromadził w sobie latami. Wieczorami nucił cichą melodię złożoną ze skrzypienia drewnianej podłogi, chrobotu żeliwnych rur, kapania wody z cieknącego w kuchni kranu, świstu wiatru przemierzającego poddasze. Poprosił też o pomoc swojego przyjaciela. Klon kołysał się wolno za oknem sypialni i wpuszczał swoje piękne wiosenne liście w wąską szparę uchylonego okna. Zapanował spokój. Wreszcie, na sam koniec, dom przyjął na siebie ostatnie westchnienie kobiety i szloch męża, leżącego u jej boku. Kilka miesięcy później tę samą ścieżkę przemierzył ze starcem.

Tak wielu jeszcze zamieszkiwało w jego murach, każdy ze swoją niepowtarzalną historią. I każdemu dom dawał od siebie tyle, ile akurat ten ktoś potrzebował. I chociaż wszyscy oni byli domowi drodzy jak rodzina, nikt nie mógł równać się z Czarnoksiężnikiem.

Nic nie zwiastowało jego nadejścia. Dom już dawno przestał wyczekiwać kolejnych mieszkańców. Od ostatniej wyprowadzki minęło już dobrych kilka lat i zdążył przyzwyczaić się do codzienności, którą dzielił tylko z klonem. Wcale nie czuł, że powoli umiera. Albo po prostu nie myślał o tym w ten sposób. Odrywające się kolejno dachówki przyjął za naturalną kolej rzeczy. Pogodził się z pękniętą w łazience szybą, przez którą odwiedzał go wiatr. Kruszący się tynk, luzujące zawiasy w drzwiach wejściowych, skrzętnie plecione pajęczyny w kątach, tu i ówdzie nadgniła wykładzina, sadza wygodnie moszcząca się w salonie. Tak, nic z tego już go nie smuciło – całkiem niepostrzeżenie można przyzwyczaić się do umierania.

Bywało, że obok przemykali jacyś spacerowicze, ale na widok domu ledwie skrywali odrazę. Przyśpieszali nagle kroku i umykali byle głębiej w las.

Tylko klon zdawał się nie widzieć odpychającej aparycji domu, którego od zawsze uważał za najlepszego przyjaciela.

Teraz już rozumiesz, dlaczego żaden z nich nie spodziewał się, że ktoś jeszcze mógłby chcieć zamieszkać w opuszczonym, starym domu? A jednak! Jakież było ich zaskoczenie, kiedy pewnego dnia Czarnoksiężnik nie tylko nie spojrzał z odrazą w ich kierunku, nie tylko nie umknął szybko w przeciwną stronę, ale też z każdym krokiem śmiało zbliżał się ku domowi i patrzył na niego z delikatnym uśmiechem. I, słowo daję, zdawało im się, że w tym uśmiechu skrywały się zachwyt, czułość i determinacja.

Dom i klon zaniemówiły – o ile w ogóle domy i klony mogą zaniemówić. Zerkały niepewnie na to, jak Czarnoksiężnik śmiało sobie poczynał, jak pewnie chwycił za klamkę i pociągnął drzwi. Wtedy te opadły ku ziemi i trzeba było trochę siły, żeby przeciągnąć nimi po wysokiej zachwaszczonej trawie, która niemal zasłaniała wejście.

– Tak, te zawiasy to trzeba koniecznie wymienić, i to jak najszybciej! – zawołał do siebie radośnie Czarnoksiężnik.

Wszedł potem do środka, pokonał krótki korytarzyk i stanął pośrodku wielkiego, kwadratowego salonu, w którym skrzętnie ukryte serce domu wciąż cichutko biło.

I coś było w tym tajemniczym przybyszu, jakaś iskra, której nie potrafiłabym nazwać, a która sprawiała, że chciało się dla niego zrobić wszystko. I nie był potrzebny żaden powód. Nie oczekiwało się w zamian niczego, żadnej nagrody, nawet nędznej. Gdybyś tylko miał okazję go poznać, chciałbyś dla niego przepaść. Ot tak, zupełnie bez powodu…

Nic zatem dziwnego, że nawet dom potrafił to poczuć. Obserwował Czarnoksiężnika z rezerwą, kiedy ten przechadzał się po kolejnych pokojach, bo dom, po tych wszystkich latach spędzonych tylko z klonem, nie pamiętał już, jak to jest komuś zaufać.

Natomiast Czarnoksiężnik nie podzielał rozterek starego domu. Już pierwszego dnia zabrał się za porządki. Zdawało się, że zamierza pozmieniać we wnętrzach dosłownie wszystko. Z ciekawością ostrożnie chwytał za każdą szufladę, uchylał białe drzwiczki kuchennych szafek, wodził palcem po armaturze w łazience, chował głowę pod dywanikami, których pełno było porozrzucanych po pokojach.

Co on wyprawia?! Jak przywyknąć do oczu utkwionych w tobie tak głęboko i intensywnie, jeśli od dawna nikt nawet na ciebie nie spoglądał? Jak sobie z tym poradzić? A Czarnoksiężnik widział wszystko, każde pęknięcie w starym murze. Dlatego trzeba było pozbyć się intruza jak najszybciej!

Dom zaczął nocami wydawać z siebie możliwie najgorsze wrzaski. Umyślnie bawił się parkietem, żeby choć raz Czarnoksiężnik porządnie potknął się o jakąś obluzowaną klepkę. Na nic to wszystko! Niczym niezrażony mieszkaniec wprowadzał swoje śmiałe rządy.

W mieście nazywali go Czarnoksiężnikiem, bo podobno potrafił rzucić taki urok, którego żadna siła nie zmyje. Warzył tuż obok siebie eliksiry miłości i nienawiści. Te zawsze stały blisko, bo podobno w świecie ludzi dzieli je tylko cienka granica. Z liści zerwanych w lesie wytwarzał maści, które leczyły nawet ukąszenia żmij.

Dom zaczął wierzyć w te jego nadprzyrodzone zdolności. Bo czym, jeśli nie magią, wytłumaczyć zmiany, jakie Czarnoksiężnik pieczołowicie wprowadzał dzień po dniu? Przecież dom zrobił dosłownie wszystko, żeby go od siebie odepchnąć. A nigdy wcześniej mu się to nie zdarzało! Zawsze witał nowych mieszkańców szeroko otwartymi drzwiami. Ale teraz było jakoś inaczej.

Dom i klon zdążyły już przywyknąć do swojego towarzystwa. Było nawet coś czułego w tych ich samotnie spędzanych latach. I choć dom nie chciał się do tego przyznać, to zwyczajnie bał się Czarnoksiężnika. Bowiem tego pierwszego dnia zrozumiał, że Czarnoksiężnik rozbudzi w nim uczucie, którego już nikt więcej nie będzie potrafił rozbudzić.

Tymczasem już nie taki nowy mieszkaniec nieustannie pracował. Przykrywał ściany domu zupełnie nowymi kolorami: białym, turkusowym, beżowym, a nawet takim w odcieniu kawy z mlekiem. Ten ostatni zagościł w kuchni i sprawił, że dom uśmiechnął się po raz pierwszy od dłuższego czasu. Nic wielkiego. Ot, zwykłe, subtelne uniesienie lewego kącika ust. Nie umknęło to jednak czujnej uwadze klonu.

Czarnoksiężnik cyklinował drewnianą podłogę salonu tak zawzięcie, że z rozmachem uderzył w regał, z którego książka poleciała wprost na jego głowę – to wywołało drugi uśmiech, ten już nieco szerszy, co skrzętnie odnotował klon.

Kiedy zaś w doniczce ustawionej na parapecie kuchennego okna zakwitły hiacynty, dom już nawet nie krył swojego trzeciego uśmiechu. Odważnie rozciągnął usta i odsłonił stare zaprawy klejowe. I tak, głęboko w płucach domu, Czarnoksiężnik obudził uśpiony od dawna śmiech. A klon myślał wtedy, że nie ma na świecie niczego piękniejszego niż niosący się po lesie śmiech jego przyjaciela.

Tak mijały im dni, tygodnie, miesiące, a potem lata. Pewnego popołudnia do drzwi zapukał nieznajomy. Usłyszał gdzieś, że teraz to Czarnoksiężnik zamieszkuje opuszczoną chatę w lesie, więc przybył tutaj w poszukiwaniu pomocy. Bo tak się składa, że próbował już wszystkiego. Dosłownie wszystkiego! Ale mimo to jakaś uparta dusza nie chciała opuścić jego domu. Razem z żoną sprowadził nawet duchownego, żeby odegnał marę poświęconą wodą, i na nic to! A mara dokuczała im straszliwie. Co noc budziła niemowlę, tak że potem całymi godzinami nie pozwalało spać, płacząc przeraźliwie. I tak już od kilku miesięcy.

Czarnoksiężnik wysłuchał, dopytał o wiek dziecka i o kilka innych, zdawałoby się niepotrzebnych, szczegółów, po czym odesłał mężczyznę z ziołową maścią, którą ten miał smarować dziąsła niemowlaka. Wydawało się to przybyszowi niedorzeczne, że maść może wygonić z domu zmorę. Ale podziałało! Po kilku dniach w domu zapanowała upragniona cisza, a niemowlak zaczął przesypiać całe noce. Wtedy mężczyzna ogłosił wszem i wobec, że oto w niegdyś opuszczonej chacie zamieszkał prawdziwy Czarnoksiężnik, taki z krwi i kości, i że jego metody są nad wyraz skuteczne. I tak zaczęli go odwiedzać inni mieszkańcy miasteczka, których bolączek nikt jak dotąd nie potrafił uleczyć.

Dom nie wiedział, jak odnaleźć się w tej sytuacji. Denerwowało go, kiedy ktoś nieproszony pukał do jego drzwi.

Teraz! Akurat gdy było nam tak dobrze, myślał. Ignorowaliście mnie latami, kiedy przez dziurę w dachu wpadał do środka deszcz i śnieg. Nie dostrzegaliście, że mury potrzebują nowego podparcia. Nie widzieliście, że klon słaniał się z bezsilności, bo nie potrafił już zapewnić nam dwóm należytej opieki. A przechodząc obok – o tak, pamiętam to doskonale – odwracaliście wzrok od ciężaru naszej samotności..

Nie chciał więc u siebie widzieć nikogo, bo czuł, że w najgorszym momencie życia to Czarnoksiężnik odnalazł go i otoczył opieką. Po co im byli inni?

Ale Czarnoksiężnik zdawał się tego nie rozumieć. Zawsze znalazł chwilę na rozmowę. Każdego gościa witał odświętną zastawą. Każdemu ukroił kawałek ciasta, zupełnie jakby chciał, żeby obcy został jeszcze jedną chwilkę.

Dom dziwił się, że można pomieścić w sobie tyle ludzi, emocji i słów. A zdawało się, że każdy chciał ich odwiedzić! Nawet przyjezdni z innych miasteczek, którym droga do lasu z pewnością zajmowała połowę dnia!

Dom musiał pogodzić się ze swoim położeniem. Zresztą rozumiał tych wszystkich ludzi. Wiedział sam, jak ciężko jest oprzeć się urokowi Czarnoksiężnika. Było coś w jego spojrzeniu, w głębi tych brązowych oczu otoczonych setkami zmarszczek, co nie pozwalało pozostać wobec niego obojętnym.

No i mieli też te swoje wieczory. Kiedy w kominku tańczył już ogień, Czarnoksiężnik siadał w wielkim, skórzanym fotelu i sięgał po książkę leżącą na stoliku. Zanim jednak zabierał się za lekturę, rzucał czule w przestrzeń przed sobą: „Co, staruszku, opowiedzieć ci historię?”, po czym zaczynał głośno czytać. I chociaż dom nie rozumiał wtedy żadnego słowa – nie władał przecież językiem ludzi – to jednostajny głos Czarnoksiężnika osiadał na samym dnie serca domu i powolutku rozlewał się po nim kojącym spokojem.

Czarnoksiężnik zaczął wypełniać sobą przestrzenie tak bardzo, że w niedługim czasie zabrakło w domu miejsca na cokolwiek innego. Był jak głęboki oddech wzięty chwilę po przebudzeniu. Był odpowiedzią na nawet najstraszniejsze pytania. Był ciepłem.

Za każdym razem, kiedy Czarnoksiężnik wychodził – a nie zdarzało się to często – dom czuł przeszywający chłód, którego nic nie było w stanie wypędzić. Ani rozgrzany do czerwoności kominek, ani piec z bulgoczącymi nań garnkami. I gdybyś wszedł wtedy do środka, to uderzyłoby cię duszne, gorące i ciężkie powietrze. Zdjąłbyś kurtkę i wachlował ręką tuż przy twarzy pokrytej kropelkami potu.

A mimo tej duchoty mury domu pozostawały zimne i zupełnie obojętne. Bo przez chwilę nie czuły na sobie jego spojrzenia. Nie wypełniał ich dość intensywnie jego zapach. Nie było jego uśmiechu ani przyjemnego dotyku ciepłych dłoni. Tak, w domu panował wtedy chłód, który tylko Czarnoksiężnik potrafił rozgonić.

Wracał zawsze. Aż do tamtego jesiennego poranka. Dom do ostatniej chwili nie przeczuwał, co nadchodzi. Czarnoksiężnik uśpił jego czujność swoją niespotykaną czułością. Radością, z jaką witał te stare mury każdego poranka. Uwagą, którą poświęcał najdrobniejszym nawet fragmentom domu, sugerującą, że to już na zawsze.

Ale w świecie ludzi, Czarnoksiężników i domów nic nie jest dane na zawsze. Więc tak, rzeczywiście! Rzeczy zaczęły po cichu znikać. Ubywało książek na regale. Jeszcze niedawno przeładowane półki w szafie, nagle nie uginały się już pod ciężarem upchniętych nań swetrów. W kuchni powoli zapadała cisza. Wymykały się dokądś talerz za talerzem, łyżka za łyżką. Aż wreszcie obiad gotował się wciąż w tych samych dwóch garnkach, a poranna jajecznica smażyła na jednej i tej samej patelni. Zwinięty w rulon dywanik pod drzwiami wejściowymi jakby tylko czekał, żeby go zabrano. A potem jeszcze zagubiły się gdzieś te fiolki z magicznymi miksturami.

Tak wiele było znaków, których dom tak bardzo nie chciał widzieć. I zdawało mi się, że ten spokój, towarzyszący cichej wyprowadzce, nie był przypadkowy. Mogłabym przysiąc, że Czarnoksiężnik skrupulatnie to zaplanował, i widzę też milion powodów, dla których musiało tak właśnie być.

Więc kiedy Czarnoksiężnik wyszedł, dom wreszcie zrozumiał, że to był już ostatni raz. Nie zniesie ani jednego pożegnania więcej.

Zaraz wróciły do niego tysiące chwil, które dzielił z mieszkańcami. Wypełniły go śmiech, łzy, zapachy. Wróciła do niego dziewczynka z rudymi warkoczami. I tak, ledwie kilka minut po odejściu Czarnoksiężnika, zadrżały stare mury i dom zapadł się w sobie tak głęboko, żeby nigdy więcej nie dostrzegły go żadne oczy. Żeby już nikt go nie opuścił.

Mówią, że z chwilą, kiedy dom brał swój ostatni oddech, w miasteczku nieopodal zadygotała ziemia, a las cichutko zapłakał. Potem nikt więcej już nie słyszał o starym, opuszczonym domu ani o klonie, który miał go uchronić.

1 thought on “Pożegnania”

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Scroll to Top