„A ja porzuciłem już dawno nadzieję i szedłem jedynie odwiedzić tę dawną dziką, zieloną dolinę”. Albo o tym, jak czwarta góra okazała się być trzecią

kamienie w górach

Od jakiegoś czasu tuptałam wyczekująco nóżkami na myśl o następnej wycieczce w góry. Od ostatniej minął już ponad miesiąc i zaczęłam się lekko niecierpliwić. Nie oszukujmy się – proza dorosłego życia polega na ciągłych kompromisach. Zawsze uważałam, że praca rujnuje moje życie towarzyskie. Ukończywszy lat trzydzieści, przypomniało mi się też, że od jakiegoś czasu czeka na mnie magisterka i wstyd, że jeszcze nie ogarnęłam tematu. Pisałam kiedyś o ambicji, która pewnego dnia niechybnie doprowadzi mnie do grobu. Ta sama właśnie ambicja kliknęła „zaakceptuj” na uprzejmej propozycji podjęcia studiów dziennych na polskim uniwersytecie. Obok widniała propozycja ze strony studiów zaocznych, ale gdzież tam! Jeśli trafia się okazja, żeby choć trochę utrudnić sobie życie, to ja ślepo się jej uchwycę. W efekcie jest mi nieco ciężko, upchnąć w grafiku pracę na cały etat, indywidualną organizację studiów, dom, zainteresowania itd.

Sztuka kompromisów… Moje kwiaty są zjadane żywcem przez ślimaki i widzę to przecież. Widzę to codziennie rano, przechodząc obok nich w drodze do pracy.  Tak, moje biedne kwiaty są jednym z kilku kompromisów.

Zatem, kiedy pojawiło się niedzielne okienko i jeszcze okienko zgrało się w czasie z wolnym Gazeli J. i Ujarzmiciela M., to wiedziałam już, że oto nadszedł ten upragniony dzień. Spakowałam plecak i usilnie ignorowałam ich mrzonki o noclegu w górach (chętnie, ale nie mam czasu!). Możliwe, że trochę naciskałam. Możliwe, że nie jestem z tego powodu jakoś specjalnie dumna. Najważniejsze jednak, że się udało. Choć pewnie nie tyle przez moje naciski, co przez pogodę, która pokrzyżowała noclegowe marzenia Ujarzmiciela.

https://www.walkhighlands.co.uk/perthshire/carn-mairg.shtml

Càrn Gorm, Meall Garbh, Càrn Mairg & Creag Mhòr, czyli Munros razy cztery, część pasma Glen Lyon. Po drodze jakieś inne wzniesienia, których nie liczymy, bo nie klasyfikuje się ich jako Munros. Nieszczególnie przepadamy ze sobą z matematyką, ale podstawy znam. Tego dnia, biorąc łyki dusznego powietrza, utraciłam zupełnie zdolność liczenia. Nie mam pojęcia, ile tych wzniesień było. Podejrzewam nawet Ujarzmiciela Ścieżek M. o jakieś machlojki w tej kwestii. Ale o tym za moment.

Zacznijmy od najprzyjemniejszej części dnia – błogiej drzemki w aucie. Ależ było wspaniale, kiedy po dotarciu na miejsce, zastał nas deszcz, który najlepiej było przeczekać. Ku (zupełnie bezpodstawnemu) oburzeniu Gazeli J. nie zabraliśmy z M. kurtek. Serio, zanim ktoś chciałby nas uznać za nieodpowiedzialnych, to nadmienię, że mamy w Szkocji akurat falę upałów tak wielką, jakiej lokalni nie pamiętają. Więc tak, miejsce w moim plecaku przynależne kurtce przeciwdeszczowej, oddałam okularom przeciwsłonecznym. Istotnie, wspaniałe 1,5 godziny drzemki w małym, doszczętnie zaparowanym aucie, przerwała po 8.00 Gazela J. Nie pada, można iść!

Zobacz też: „Właśnie o to chodzi w życiu, o ludzi i zachody słońca.” Czyli o tym, jak rozświetliliśmy mrok.

Trasę można opisać jako ciągłe truchtanie góra – dół. Podczas takich wypraw najtrudniejsze jest zwykle pierwsze wzniesienie, bo najdłuższe, wiadomo. Warto pocierpieć. To była chyba jedna z najładniejszych tras do tej pory. Miejscami zalesiona (tutaj to rzadkość) skrywała też zupełnie kamieniste szczyty, które przywodziły mi na myśl Smoczą Skałę. Do tego stopnia, że rozglądałam się w poszukiwaniu Daenerys Targaryen. Bezskutecznie. Niestety…

Więc szłam tak sobie na wpół zachwycona, a na wpół rozpalona (tego dnia bardziej niż góry męczyła temperatura). Zdążyłam zachwycić się stadem owiec, kilkoma żabami i widokami, które tym razem nie kryły się za chmurami. Zdążyłam zerwać z siebie prawie wszystkie części garderoby, żeby pozwolić wiatru pieszczotliwie osiąść na rozpalonej skórze. Tak dotarłam do czwartego Munro. Umościłam się wygodnie na kamieniu i, próbując uchwycić te niesamowite uczucie bycia na szczycie, chłonęłam bezkresne horyzonty. Magię chwili przerwał Ujarzmiciel Ścieżek M., który zawyrokował, że przed nami jednak jeszcze jeden szczyt. A Munro numer cztery okazał się być numerem trzecim. Zniszczył mi życie. Próbowałam nawet przekonać go, że nieprawda, ale nic z tego. Pozostało mi poczłapać za nimi ku kolejnym szczytom.

Okazję te wykorzystałam do refleksji nad zawiłościami kolei losów. Myślałam o tym, że często ścieżka jest dłuższa i bardziej kręta, niż byśmy się spodziewali. O tym, że czasem brakuje nam też sił na dalszą wędrówkę. O tym, że niekiedy droga zdaje się nie mieć końca.

Jest taka powieść „Ucho igielne” napisana przez Wiesława Myśliwskiego (https://culture.pl/pl/dzielo/wieslaw-mysliwski-ucho-igielne).

Dla mnie „Ucho igielne” to przede wszystkim opowieść o życiu. To również historia o miłości, przemijaniu, spotkaniu z samym sobą. Myśliwski podejmuje się niezwykle trudnej próby podsumowania całości, na którą składa się los każdego człowieka. Ile jesteśmy w stanie zapamiętać, ile z tego zrozumieć? Perspektywa wieloletniego życia ma te przewagę, że mądrością życiową chce interpretować zdarzenia sprzed lat. Bardzo to zwodnicze. Autor podkreśla, że dane nam jest doświadczać danej chwili z poziomu tego, kim akurat wtedy jesteśmy. Dlatego zebranie i przeanalizowanie całości jest zadaniem niemożliwym. Pozostają nam zatem jedynie (albo aż?) wspomnienia niepoddające się usystematyzowaniu. Z tego bowiem chaosu wyłania się historia naszego życia. Jakże piękna i nie do powtórzenia. Nie zapominaj, że dzieje się ona tu i teraz, zapisując rozdziały tej opowieści.

Młodość ma to do siebie, że nie myśli o starości. Ta jawi się jak niewyraźne widmo, które dopada po kryjomu każdego, ale nie Ciebie. Ty jesteś przecież na nią odporny z tym swoim nienasyceniem. Nieustającą zachłannością czerpania garściami z tego, co zaoferuje świat. Ale jednak spotkaliśmy się dzisiaj przy stole, Twój tort urodzinowy już w połowie zjedzony, cicha muzyka sprzed lat tańczy po pokoju, wnuki nie chcą wierzyć, że kiedyś byłeś w ich wieku, a one pewnego dnia będą w Twoim. Brzmi znajomo? Trzeba teraz poukładać te wszystkie minione lata. Uchwycić momenty, które złożyły się na te chwilę. Czy przeżywając to wszystko czułeś właściwie, że oto teraz jesteś i żyjesz?

Każda ścieżka jest ważna, każdy krok składa się na Twoje życie. Nawet ta dodatkowa góra, którą Ujarzmiciel M. wymyślił, żeby mnie dobić, była ważna. Była dobra. Była fragmentem mojej drogi.

Zdobyliśmy wszystkie szczyty tego dnia, ile by ich tam ostatecznie nie było. Zaliczyłam również swoją pierwszą kąpiel w górskim potoku! Jak zimno, jak wspaniale!

Zobacz też: „Ze swojej strony nic nie wiem z całą pewnością, ale widok gwiazd sprawia, że śnię.” Czyli o tym, kim zostanę, gdy dorosnę.

kamienie w górach


Zobacz więcej wpisów z Serii: Literackie Szczyty!

14 thoughts on “„A ja porzuciłem już dawno nadzieję i szedłem jedynie odwiedzić tę dawną dziką, zieloną dolinę”. Albo o tym, jak czwarta góra okazała się być trzecią”

  1. Pisz, pisz, pisz dziewczyno, nie przestawaj! I powodzenia w trudach dnia codziennego. Na pewno dasz radę ze wszystkim. Te wszystkie trudności to tylko kolejne szczyty do zdobycia!

  2. Uwielbiam czytać twoje teksty. Poruszasz w nich takie ważne aspekty zycia. Pisz pisz a niebawem bedziemy czytać twoja pierwsza książke🥰

  3. Oczu I mysli niemozna od tego oderwac .Kolejne wspaniałe dzieło moja kochana czekam na kolejen 😍😍😍😍

  4. Super czekam na kolejny kawałek a najlepiej jakbyś skleiła wszystko w całość i stworzyła książkę

  5. Marlena Lewczuk

    Pięknie to wszystko wplatasz w swoje górskie wycieczki. Jestem dumna z tego co robisz ,życzę Ci Patko samych spełnionych dni …

  6. Pingback: „Prawda po prostu chce wypłynąć na wierzch”. Historia o tym, jak ugrzęzłam w śniegu. - Literacki Szczyt

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Scroll to Top